[ WSTECZ | SPIS TREŚCI | DALEJ ]     


» MORTAL KOMBAT | 1997 | Akcja/Fantasy «

Miałem tą recenzję napisać już w zeszłym miesiącu, ale brak czasu mi to uniemożliwił i w sumie na ostatnia chwilę udało mi się trochę czasu znaleźc, żeby napisać ją do dziewiątego numeru. Tak czy inaczej w końcu się za to zabrałem :).

"Mortal Kombat". Tytuł ten mówi nam bardzo wiele, gdyż chyba nie ma osoby, która nigdy niesłyszałaby o tej głośnej serii bijatyk. Pierwsze części tej gry, wydawane najpierw na Amigę i PC, charakteryzowały się oryginalnym pomysłem, digitalizowanymi postaciami (wcześniej były rysowane ręcznie, a tu wystąpili prawdziwi aktorzy) i ogromną brutalnością. Szczególnie ta ostatnia robiła wielkie wrażenie. Ekran często zalewany był falami krwi, odrywane były kończyny, nabijało się przeciwników na kolce lub wrzucało się ich do rowu z kwasem. Takie rzeczy nawet dzisiaj potrafią zadziwiać.

Nie mogło się zatem obejść bez ekranizacji tej gry, choć w tamtych czasach było to bardzo rzadko spotykane zjawisko, a zawsze kończyło się totalną klapą ("Super Mario Bros", "Street Fighter"). Kiedy ujrzałem kilka lat temu informację w czasopiśmie Secret Service o tym filmie to od razu się napaliłem. Później jeden z redaktorów (zwany jako Gulash) opisał swoje przeżycia podczas premiery filmu. Facet tak zachwalał owy film, że nie mogłem już dłużej wytrzymać. Na szczęście mój brat dorwał gdzieś wersję na VHS.

To co wtedy ujrzałem przerosło moje oczekiwania. O ile film "Street Fighter" prezentował się kiepsko, o tyle "Mortal Kombat" był czymś pieknym. Fabuła, wygląd postaci, ich zachowanie, styl walki, ciosy specjalne, a nawet lokacje. Wszystko to wyglądało niemal tak samo jak w grze, a ja jako fan serii tych brutalnych bijatyk byłem po prostu oczarowany. Od tamtej pory film obejrzałem dziesiątki razy i za każdym razem bawiłem się tak samo dobrze. Ostatnio ponownie zasiadłem przed telewizorem, wruciłem płytę z filmem do odtwarzacza DVD i... Moje odczucia nieco się zmieniły, ale filmem nadal można się zachwycać.

Głównymi bohaterami filmu są Johny Cage (aktor występujący w filmach akcji), Liu Kang (wojownik klasztoru Shaolin, potomek Kung Lao) i Sonya Blade (policjantka poszukująca groźnego przestępcy - Kano). Film zaczyna się sceną, gdy czarnoksiężnik Shang Tsung zabija młodszego brata Liu Kanga i zabiera jego duszę. Trójka głównych bohaterów, którzy wcześniej się nie znali trafia na statek Shang Tsunga, a każdy z nich ma inny cel. Towarzyszy im bóg światła Rayden, który mówi im, że muszą stawić czoła wojownikom Shang Tsunga w dziesiątym turnieju Mortal Kombat. Jeśli nie uda im się wygrać to Ziemia zostanie opanowana przez armie Zaświatów.

Fabuła brzmi znajomo? Kto grał w pierwsze części serii ten od razu zauważy tu spore podobieństwo do oryginału. To co wam tu opisałem to jednak namiastka tego co oferuje sam film, a już zapowiada się ciekawie. Oczywiście nie jest to historia o trójce ludzi, którzy stają naprzeciw setkom wojowników Shang Tsunga. Podczas filmu cały czas poznajemy historie głównych bohaterów, tajemnice turnieju Mortal Kombat i różne inne ciekawe rzeczy. Wszystko to zostaje co jakiś czas przerywane walkami pomiędzy tymi dobrymi i tymi złymi (choć nie zawsze).

Twórcy filmu spisali się pod tym względem rewelacyjnie. Całość nie potrafi nudzić podczas seansu. Walki nie toczą się w nieskończoność, nie są na siłę wydłużane. Każda jednak wygląda po prostu cudnie. Bohaterowie wyglądają tak jak w grze: Liu Kang to krzykliwy chińczyk, Johny Cage nosi swoje czarne okulary i niebieską koszulę, Scorpion ma żółty strój ninja wraz ze swoją maską, a Kano metalowe, czerwone oko. Jakby tego było mało to postaci zachowują się identycznie jak w grze: Sub-Zero zamraża, Cage robi słynna jajecznicę ;D. Zachowano większość tzw. specjali z gry oraz fatality.

Na szczególną pochwałę zasługują walki Johny Cage vs. Scorpion i Liu Kang vs. Reptile (przynajmniej moim skromnym zdaniem :)). Szczególnie ta pierwsza nadal mnie powala na kolana. Odbywa się ona w dwóch, znanych z gry, lokacjach i trwa dobrych kilka minut. Aktorzy zakończyli walkę znanym z gry Friendshipem Cage'a. Rewelacja.

Każdy jednak film ma swoje minusy i nie udało się ich uniknąć w "Mortal Kombat". Po pierwsze bezimienni wojownicy w czerwonych maskach, którzy hordami atakują naszych bohaterów. Zamiast tych postaci można byłoby coś więcej wymyślić, np. wstawić dodatkowo jeszcze jedną postać z gry i zrobić porządną scenę walki. Nie podobał mi się też wygląd Goro (dla nie wtajemniczonych - czteroręki mutant, pół-człowiek, pół-smok). Był taki... gumowy? Tak czy inaczej nie wygląda zachwycająco, aczkolwiek czuć od niego tą samą wrogość co w grze. Kolejną wadą były niektóre efekty specjalne. Nie lepiej było z Reptilem zanim stał się wojownikiem. Te jego cukierkowe kolory rażą po oczach. Na szczęście nie oglądamy go za często.

Największą wadą jednak jest mniejszona znacznie brutalność. W grze krew lała się gęsto, a tu? W ogóle nie ma krwi! No dobra, raz Shang Tsung ociera krew z rozciętej wargi po ciosie Liu Kanga. Ale gdzie ta cała brutalność z gry?! Nie wiem jak mogłem tego kiedyś nie dostrzegać. Z drugiej jednak strony nie mogę sobie wyobrazić tych hektolitrów krwi tryskających na ekranie. Myślę, że zmniejszenie tego było dobrym pomysłem, ale nie usunięcie całkowicie.

Gra aktorska to natomiast jedna z największych zalet tego filmu. Postaci zachowuja się naturalnie i odpowiednio do odgrywanych ról. Nie widać markowania ciosów, wszystko wygląda bardzo naturalnie. Można śmiało powiedzieć, że czasem nawet zbyt prawdziwie ;). Nie ma tu też żadnej przesady, wszystko wykonane idealnie. Nie inaczej jest z efektami specjalnymi, które również robią wrażenie. Komputerowe animcje towarzyszące podczas walk wyglądają świetnie. Szczególnie ładnie wygląda "sznurowadło" Scorpiona, ale inne efekty rónież nie odstępują od niego poziomem.

A muzyka? Czy trzeba o niej cokolwiek pisać? Główny motym muzyczny zna chyba każdy. Jest rewelacyjny. Szybka muzyka dająca dodatkowego kopa idealnie tu pasuje. Nie znalazło się żadnego utworu znanego z gry, ale to i dobrze, bo wykonana na potrzeby filmu muzyka jest o wiele lepsza.

Ogólnie rzecz biorąc "Mortal Kombat" jest chyba najlepszą ekranizacją gry komputerowej. Nie jest idealny, ale mimo wszystko bardzo dobry. Zachwycać się nim można przez cały czas. Nie nudzi i nie odstrasza głupota jak wpomniany wcześniej "Street Fighter". Każdy fan gry po prostu musi ten film znać, a kto w grę nie grał to powinien nadrobić zaległości, a potem koniecznie zabrać się za film.

Ocena: 9+/10

 

lukasz050792



[ WSTECZ | SPIS TREŚCI | GÓRA | DALEJ ]